Po długiej nieobecności.
Był i naprawdę długi - 8 dni - weekend na działce w Sławie. Bardzo udany mimo, że pogoda niezbyt dopisywała. Długi weekend zakończył się gąsiorem pełnym młodych sosnowych pędów zasypanych cukrem. Za dwa tygodnie syrop zlewam, a dodaję miód, cytrynę i wódkę. Będzie i syrop na gardło i pyszna naleweczka.
Tak jest w lesie, a tego lasu naokoło działki mamy naprawdę dużo.
A to zaraz za płotem :)
Było i przemeblowanie w mieszkaniu, a może przede wszystkim uporządkowanie balkonu - wywiezienie pożyczonego stołu z powrotem do właściciela - posadzenie kilku krzaczków pomidorów koktajlowych i oczywiście postawienie właściwego stołu w dużym pokoju. Myślałam, że pokój się raczej zrobi mały i niewygodny, ale powiem Wam, że wszystko się tak zgrabnie ułożyło, że to chyba miejsce było po prostu stworzone na stół. Stół i krzesła żaden cud techniki, ot JYSK. Ale obrus, obrus to insza inszość. Stary, szydełkowy po babci. W prawdzie uszyłam pokrowce na siedziska, ale stwierdzam, że kompletnie nie pasują i będę celować w len, ale to dopiero pod koniec miesiąca po wypłacie. Teraz jest jak jest :)
I Luśka, która nie dała mi w spokoju szyć tylko pchała tę swoją śmieszną mordkę wszędzie, gdzie się tylko dało :)
To tyle :) do następnego :)